Dlaczego nigdy nie wezmę kredytu na mieszkanie?

dom photo by paduPosiadanie swoich czterech kątów jest moim wielkim marzeniem, uwielbiam wizualizować sobie jak chciałabym żeby mój dom był urządzony, rozkład pokoi, ciekawe rozwiązania. Od kiedy zostałam mamą pragnienie uwicia własnego gniazda jest chyba jeszcze bardziej intensywne i chociaż wkurza mnie, że wynajmowanego mieszkania nie mogę w pełni urządzić jak bym chciała i trzeba się nagimnastykować żeby znaleźć coś porządnego w rozsądnej cenie, a większość moich znajomych ma już swój własny kawałek podłogi to w temacie kredytu na mieszkanie pozostaję nieugięta.

Wzięcie kredytu na 20 czy 30 lat jest dla mnie współczesną formą niewolnictwa, zgodą na założenie sobie pętli na szyi i podpisaniem umowy na wieloletni niepokój. Taki sposób bycia stał się pewnego rodzaju utartym schematem, sposobem na życie. Bo przecież wszyscy teraz biorą kredyt. Ale czy to że Janek, Aga i Stefan też mają kredyt na karku ma mnie jakoś uspokoić? Czy wspólna niedola wycisza rozwagę? To wielkie pragnienie posiadania popycha do podjęcia dużego ryzyka. Panuje przekonanie, że jeśli jesteś właścicielem mieszkania to czegoś się w życiu dorobiłeś, jesteś wartościowszy, twój status w oczach innych ludzi wzrasta. Nieważne, że w rzeczywistości właścicielem jest bank, a na swoje M2 dopiero ciężko pracujesz i co miesiąc grzecznie kładziesz blisko połowę swojej pensji na rękę bezwzględnej instytucji, z boku wygląda to jakoś bardziej kolorowo.

Najczęściej słyszany argument ‘za’ zadłużeniem się w banku jest taki, że przecież i tak płacę wynajem więc lepiej te pieniądze przeznaczyć na spłatę rat kredytu i mieszkać na swoim. To uzasadnienie do mnie nie przemawia. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że bardzo sobie cenię szeroko rozumianą wolność. Wolność umysłu, wolność wyboru, wolność decyzji. Życie tyle lat z kredytem byłoby dla mnie zbyt dużym obciążeniem, bałabym się przyszłości, zamartwiała, czekała aż te 30 lat minie żebym mogła odetchnąć z ulgą; a przecież nadchodzące lata to pewnie najważniejszy czas w moim życiu, nie chcę żeby moim wiernym towarzyszem był strach. To nie na moje nerwy. Jeśli stracę pracęw Dublinie to chcę mieć wolność wyboru opcji pracy w Krakowie, Zurychu czy Londynie. Chce wiedzieć, że nawet jeśli nie znajdę pracy przez następne 6 miesięcy to na moim koncie nie rosną odsetki, a bank nie wysyła mi ponaglających listów o zalegającej spłacie kredytu. Jeśli duże miasto zacznie mnie przytłaczać i zamarzę o życiu na wsi to chcę ten wybór mieć. Jeśli zdecyduję, że nie chcę przez jakiś czas pracować, i że wyżyję z oszczędności czy zasiłku to też chcę mieć wolną rękę.  Albo jak znuży mnie cywilizacja to spakuję walizki i zamieszkam w szałasie nad brzegiem Amazonki, chociaż tam nawet tych zadłużonych bank by pewnie nie znalazł 😉 Ja wiem, że decydując się na kredyt te opcje zmiany decyzji nadal są otwarte, mimo wszystko kredyt lubi stabilizację a kwestia wprowadzenia w życie jakichkolwiek zmian jest dużo trudniejsza, bardziej zawiła i ryzykowna.

Po drugie dlatego, że nie wiem co przyniesie mi jutrzejszy dzień więc jak mogę być przekonana, że za 20lat, kiedy stuknie mi 50tka będę nadal w stanie spłacać kredyt. W życiu daleka jestem od czarnowidztwa jednak w tej kwestii pozostajęnieufna bo różnie może być. Nie wiem czy moje zdrowie pozwoli mi na dalszą pracę, czy będę nadal widziana jako wartościowy pracownik na rynku pracy, co jeśli wtedy moje zarobki nie będą wystarczająco wysokie żeby spłacać kredyt?

Po trzecie dlatego, że widziałam dramat jaki niesie ze sobą niespłacanie kredytu, byłam świadkiem bezlitosnych procedur bankowych, bezwzględnych komorników, licytacji domu za bezcen. Rzadko bywa żeby oddanie domu w ręce banku załatwiało sprawę, najczęściej jest tak, że dom zabierają a ty nadal toniesz w długach, bo przecież biorąc kredyt na określoną kwotę trzeba spłacić bankowi prawie jej dwukrotność, dlatego oddanie domu czasami jedynie częściowo załatwia sprawę.

Nie potępiam tych, którzy na kredyt się decydują, wręcz przeciwnie, w pewnym sensie podziwiam za odwagę, że podejmują się tak długoterminowego zobowiązania. Ich życie, ich wybory. Wierzę jednak, że można inaczej. Nie chcę się dać wplątać w presję posiadania. Jeśli będzie mi to dane, to kupię sobie dom wtedy,kiedy rzeczywiście będzie mnie na niego stać, nawet jeśli to odległa przyszłość. Osobiście wybieram życie bez kredytu,ze spokojną głowę,otwartością na zmiany i nowe doświadczenia bo jak mówi znana maksyma‘dom twój gdzie serce twoje’.

You might also like

  • Dag

    Jestem tego samego zdania. Chociaż znam ludzi, którzy kredyt takowy zabrali w wieku 40lat? Nie wiem czy to brawura, głupota, odwaga, czy tak silna potrzeba spełnienia marzeń. Wychodzę nawet z bardziej radykalnych poglądów : suszarka do włosów na raty? Nie. Pralka? Nie. Nic na raty, nie stać mnie to tego nie mam. Jedyny wyjątek który mógłby być brany pod uwagę to kredyt na jakieś leczenie rodziców, rodzeństwa. Chociaż mam nadzieję, że życie nigdy mnie tak nie doświadczy. Oby nie.

  • http://www.mobloguje.pl/ Monika Mo Dawidowicz

    Ja, jako osoba, która przez kredyt (na szczęście nie hipoteczny, a konsumencki) wpadła w niezłe bagno, w ogóle jestem już daleka od jakichkolwiek kredytów. Poza tym lubię wynajmować mieszkania i nie mam problemu z tym, że nie są moje.

    • http://www.self-improvement-space.com/ selfimprovementspace

      Jak napisałaś o kredycie konsumenckim to od razu przyszly mi na myśl ‘chwilówki’ ze złodziejskim oprocentowaniem wykorzystujące ludzi podstawionych niekiedy pod murem…jeszcze raz NIE dla ktedytu ?